9 kwi 2018

III Pieszy Maraton Przedwiośnie

Data: 7 kwietnia 2018
Moja przebyta trasa: Ciekoty "Szklany dom" - Bodzentyn (meta maratonu: Ciekoty)
Długość trasy: 48 km (cała trasa maratonu: 76 km)

To było moje drugie podejście do Pieszego Maratonu Przedwiośnie. Ponownie nie do końca udane, ponieważ zrezygnowałam na 48 km z powodu urazu stopy. Ale po kolei.
Z Lublina przyjechaliśmy razem z Wojtkiem, Radkiem i Gosią. Gosia miała wziąć udział w maratonie tym razem jako fotograf. Piątkowe popołudnie jak zwykle poświęciliśmy na zwiedzanie. Padło na Park Miniatur w Krajnie. Więcej zdjęć w linku na dole, tu tylko mały wycinek.

Ogólnie miejsce ciekawe, choć wiele z eksponatów wymaga już lekkiego remontu.






foto Wojtek
 Później idziemy na obiad w Świętej Katarzynie do baru Jaś i Małgosia, a potem na lody.


Na koniec podjechaliśmy do Ciekot odebrać nasze pakiety startowe.

Numer 82. W pakiecie mapka, worek na przepak, odblask i numer startowy.

W przyszłym roku podobno wygląd Szklanego Domu ma się zmienić na bardziej szklany.

Dworek Żeromskiego.


Tradycyjnie już robię odbicia w wodzie.


Z Warszawy dojeżdżają Lech, Ted i Kuba. Po rozlokowaniu się na noclegu idziemy ponownie do Szklanego Domu na prelekcję.

Wieczorem jeszcze chwilę nocnych rozmów Polaków.
foto Wojtek
A tu już sobota przed 5 rano. Jesteśmy zwarci i gotowi, choć kawa się przyda.

Na starcie tradycyjnie już zrobiono fotkę grupową i po uderzeniu w gong tybetański ruszyliśmy. Najpierw w prawie trzystuosobowej grupie, która dość szybko rozprasza się na mniejsze grupki. Ciemność nocy szybko zostaje pokonana przez wschód słońca. Pierwsze nasze podejście to Radostowa. Tu warto nadmienić, że trasa taka jak w tamtym roku, ale w odwrotnym kierunku. Czego więc nie dane mi było zobaczyć rok temu, teraz pokonuję w godzinach rannych.
foto Radek

foto Wojtek

Dolina Wilkowska w pierzynie.


Tu wspinamy się na kolejny szczyt, czyli Górę Wymyśloną. Zaczyna się błoto. Uchwycili nas fotografowie maratonowi.


Coraz bliżej pierwszego punktu kontrolnego.

Mijam znajome miejsca.





Pierwszy punkt w Świętej Katarzynie. Są drożdżówki i ciastka.


Zaczynamy podejście na Łysicę.

Wspominamy z Radkiem nasze zejście tędy po ciemku rok temu. Zajęło nam to dłużej, niż podejście teraz. Ogólnie swoje tempo oceniamy jako dobre.

I jest szczyt.

Ale nie robimy postoju, schodzimy szybko do Kakonina, gdzie czeka drugi punkt kontrolny.

Pijemy colę, jemy ciastka i gnamy dalej szlakiem czerwonym. Znów mijamy znajome miejsca.


Trzeci punkt kontrolny w Hucie Szklanej tuż pod Świętym Krzyżem. Jemy zalewajkę świętokrzyską.

Obawiałam się tego wejścia, ale o dziwo poszło koncertowo. Troszkę przeszkadzały przejeżdżające auta, choć na dole był znak zakazu wjazdu z wyjątkiem aut elektrycznych. Spaliny nas lekko podduszały.
foto Wojtek


Obowiązkowe fotki na szczycie.

foto Wojtek


Na trasie fotki cykał "lotny fotograf" maratonowy.

Przez Nową Słupię mkniemy do Baszowic.

To już kolejny, czwarty punkt kontrolny. Zmieniam skarpety, niestety, jak się niedługo okaże.
foto Radek
 Na punkcie sympatyczny psiak.

I oczywiście herbata w wykonaniu Marcina Marciniewskiego.

Czeka nas prawie 10 km nasypem dawnej kolejki wąskotorowej. W tamtym roku szło nam się tu śpiewająco, teraz nie jest mi do śmiechu. Świeże skarpetki  nie są tak dobre jak miały być, czuję każdy kamyk i szczypanie pod prawą stopą.

Kolejny punkt kontrolny, wreszcie zrobiłam foto wspaniałej literówce. Jako korektor nie mogę jej nie docenić. Czekają na nas napoje, ciastka i banany. Na tym punkcie zostaje też wezwana karetka do dziewczyny z urazem nogi, zdarza się i tak. My idziemy dalej, czeka nas 6 km asfaltem do Bodzentyna.

Musimy bardzo uważać na samochody, bo one na nas nie za bardzo uważają. Mijamy Dolinę Czarnej Wody. I Lotny Punkt Kontrolny, który sprawdza i notuje :)

Bodzentyn. Szósty punkt kontrolny. Jemy pomidorówkę i korzystamy z przepaku. Oglądam stopę, zaczynam mieć świadomość, że nie dojdę z nią do końca maratonu. Jednak Radek przekonuje mnie, żebym jeszcze próbowała.

Zatem w drogę na Psary. Mijamy ruiny zamku w Bodzentynie.

Ostatnia moja fotka z maratonu.

Mniej więcej półtora km dalej pęka mi odparzenie na bolącej stopie. Choć ból różnych części ciała nie jest mi obcy, ten mnie pokonuje. Nawet nie wiedziałam, że pociekły mi łzy - nie czułam ich. Ściągam skarpetę, oglądamy ranę. Mija nas Andrzej Armada, który słusznie proponuje plastry żelowe. Jednak ropy jest tyle, że plastra nie ma do czego przykleić. Mimo złości, przykrości i żalu - kalkuluję zupełnie zimno. Nie przejdę całości trasy, nie dam rady. Czy jest sens ciągnąć dalej i odpaść znów kilka kilometrów przed końcem? Czy w tej sytuacji jest sens rozkwasić tę stopę do końca? Jakie to ma znaczenie, czy zrobię jeszcze 10 czy 15 km? Podejmuję jedyną dobrą decyzję - nie ma sensu męczyć ani siebie, ani drużyny. Zostaję, chłopaki idą po medal. Jest to dla mnie trudne doświadczenie.
Niezawodny Lech, który przyjechał z chłopakami, a który nie brał udziału w maratonie, przyjeżdża z Gosią i zabierają mnie z asfaltu za Bodzentynem. Zgodnie z regulaminem melduję telefonicznie rezygnację z maratonu organizatorom.
Na miejscu noclegu biorę prysznic i różnymi specyfikami opatruję stopę.
Po 18 jedziemy do Szklanego Domu, czekamy na Teda. Kuba już je gulasz. Po 22 na metę docierają także Radek i Wojtek. Zatem wszyscy czterej w różnym czasie, ale z sukcesem kończą maraton.
Ogromne gratulacje dla wszystkich.
Rano w niedzielę pakujemy się, jemy śniadanie i jedziemy na galę medalową.

Ted:

Kuba:

I ja, bo udało mi się wylosować nagrodę od sponsora.


Jeszcze krótki spacer.

Wizyta w dworku.




I wspólna pizza. Prawdziwa włoska pizza zrobiona przez prawdziwego Włocha... pod Świętą Katarzyną.


Wszystkie moje zdjęcia tu: Foty z III MPP

10 komentarzy:

  1. Nawet podczas oglądania jeszcze wszystko "gra" mi w środku....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już nawet pomijając sam maraton - bardzo lubię te nasze wyjazdy i wędrówki. Zawsze jest wesoło i w ładnych okolicznościach przyrody.

      Usuń
  2. Pani Rybka na naszych trasach - bardzo się cieszę. Do trzech razy sztuka - następnym razem uda się pokonać całą trasę. Trzymam kciuki.
    Dodam, że ja podczas wędrówek nie zwróciłam uwagi na literówkę w nazwie Woli Szczygiełkowej. Brawo! Taka mecząca trasa, a spostrzegawczość nie usypia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są jeszcze krótsze maratony, wybieram się na 50-tkę, a na sukces w Przedwiośniu muszę jeszcze popracować. Literówka ładna, a to że nie zauważyłaś, to normalne, myślimy nazwami i całymi słowami, ciężko wtedy zauważyć coś odbiegającego od normy. Kiedyś w ostatniej chwili wycofano z druku książkę, której autorka na pierwszej stronie miała wdzięczne imię Barabara zamiast Barbara. Dwie korekty, redaktor i grafik - nie zauważyli wcześniej.

      Usuń
    2. Co do pięćdziesiątek. Jedna będzie w okolicach Skarżyska. Informacje na stronie skarżyskiego oddziału PTTK.

      Usuń
    3. Tak, wiem o nim, i nawet mi termin pasuje, ale muszę trochę pobyć w domu, zwłaszcza że mam zaplanowane dwa dłuższe wyjazdy. Ale nie powiem - kusi.

      Usuń
    4. A tę anegdotę korektorską, krakowską z czasów Ilustrowanego Kuryera Codziennego Panie znacie?

      W środku nocy na Wielopole, w samej koszuli nocnej i papciach biegnie red. naczelny gazety, gdyż korektor "poprawił" Rabindranata Tagore (któremu właśnie przyznano Nobla literackiego) na Rabin dr. Natan Tagore... ;)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Przebrnąłeś przez całość? ;) Dziękuję za wspierające smsy, w sumie to pomogły mi podjąć decyzję - patrzyłam głównie na swoje samopoczucie. Trochę żal, ale nawet dziś jeszcze odparzenie wygląda bardzo tak sobie, więc nie ma co płakać, bo na pewno bym nie przeszła. Pozdrawiam.

      Usuń
  4. Świetna impreza. Parku miniatur nie znam, Ciekoty i Bodzentyn owszem, aczkolwiek te szlaki między nimi stanowczo za mało.
    Salut dla ekipy!

    OdpowiedzUsuń