8 lip 2018

Ze Smereka do Przysłupia

Data: 7 lipca 2018
Trasa: Smerek - Fereczata - Okrąglik - Jasło - Przysłup
Długość trasy: 14 km

To był naprawdę krótki wypad w Bieszczady. Głównym celem było przygotowanie przez Ignaca warsztatów fotograficznych, ja natomiast postanowiłam skorzystać z okazji i razem z psem "urwać się" w góry. Oczywiście do Bieszczadzkiego Parku Narodowego wstęp psom wzbroniony, ale Bieszczady to nie tylko park narodowy. Troszkę poszperałam po internecie, troszkę przejrzałam mapę i okazało się, że z miejsca naszego noclegu mam rzut kamieniem do Ciśniańsko-Wetlińskiego Parku Krajobrazowego. Postanowiłam przejść kawałek czerwonego Głównego Szlaku Beskidzkiego. Od Smereka do... nie zakładałam mety. Uznałam, że zdecyduję podczas marszu.
W sobotę rano musieliśmy dojechać na miejsce z Rzeszowa. Ignac podrzucił mnie na start, a sam w tym czasie zamierzał zapoznać się z okolicą pod kątem pleneru fotograficznego. 
Marsz zaczęliśmy z Bigosem o godzinie 11. Nigdy tak późno nie ruszałam w trasę. Idziemy w kierunku Okrąglika.

Początkowo droga łagodnie prowadziła pod górę.


Z boku dojrzałam taką tablicę, więc postanowiłam wejść w las. Znajduje się tu stary bojkowski cmentarz i cerkwisko. W 2008 roku został uporządkowany przez lokalnych mieszkańców. Z tablicy można wyczytać, że pierwsze wzmianki o wsi Smerek pochodzą z 1497 roku. Jej ludność trudniła się głównie pasterstwem i smolarstwem, czyli wypalaniem węgla drzewnego. W 1754 roku wybudowana tu została cerkiew, która spłonęła od uderzenia pioruna w roku 1871, potem została odbudowana i ponownie spalona w roku 1946, kiedy to mieszkańcy wsi zostali wywiezieni w głąb Ukrainy.

Cmentarz w Smereku.


Wracam na szlak. Za plecami mam to, co charakteryzuje Bieszczady - szczyt Smerek i połoniny.


 Droga zmienia się na leśną. Zaczyna się coraz ostrzejsze podejście.

Póki co nie spotykamy nikogo. Przyjemnie wędruje mi się samej w towarzystwie psa. 


Przyroda hojnie obdarowuje borówkami.

Trochę martwi mnie pogoda. Nad nami krążą chmury, jest duszno i obawiam się burzy. To zdecydowanie popsułoby mi plany.

Ostre podejście zostaje nagrodzone. Wdrapujemy się na pierwszy z dzisiejszych szczytów. Fereczata. Tu wreszcie spotykam ludzi - Słowaków, też z psem :)

Widoki są przepiękne. To był bardzo dobry pomysł.

Pies trochę zmęczony, więc dostaje wodę, ja też z przyjemnością odpoczywam i chłonę widoki. Nie musimy się spieszyć. Nawet chmury nieco się rozpraszają.



Przed nami taka ścieżka zachęcająca do dalszej wędrówki. Kolejnym szczytem będzie Okrąglik.


Ach, jak ja lubię taki las. Znowu jesteśmy sami na szlaku.

A czy to nie dwa pieski?




Przed nami podejście na Okrąglik, na ścieżce pod górę dostrzegam ludzi. 

 

Tą ścieżką szliśmy:

To jeszcze nie szczyt, ale odcinek graniczny i rozejście się szlaków - część z nich wiedzie na stronę słowacką.



Na szczycie Okrąglika znów powalają nas na kolana i łapy widoki.


Słupek słowacki.

I słupek polski.

No i ja.

 Turystów widzianych na ścieżce zostawiam już z tyłu. Postanawiają sobie zrobić dłuższą przerwę - idą z małymi dziećmi. Widok rodzin na szlaku jest bardzo sympatyczny. Fajnie, że ludziom chce się wędrować razem z dziećmi.
Jastrzębiec pomarańczowy:

W Polsce występuje w Karpatach i Sudetach, jest rośliną rzadką. Poza Karpatami znane są tylko pojedyncze jego stanowiska na niżu.

Troszkę mroczny odcinek; do następnego szczytu - Jasła - mam pół godziny. Zbocza tej góry pokryte są buczyną karpacką oraz lasami bukowo-jodłowymi, znaczną ich część stanowią starodrzewy.

Z lasu wyłania się masyw Jasła. Pogoda zdecydowanie się poprawiła. Jest nawet słońce.

I oczywiście borówki.

I znów patrzę do tyłu, skąd przyszliśmy.

Cały czas towarzyszą nam widoki.


W tym miejscu muszę podjąć decyzję - czy iść dalej czerwonym do Cisnej, czy też zejść żółtym do Przysłupia. Decyduję się na drugą opcję.


Właściwy szczyt Jasła znajduje się właśnie przy żółtym szlaku. Wybieram tę trasę, bo na dole w miejscu noclegu czeka już cała ekipa i chcę jak najszybciej do nich dołączyć. Jasło, wcześniej zwany Jasiel lub Wasiel, stanowi najwyższą kulminację pasma ciągnącego się od Okrąglika w paśmie granicznym na północny zachód, w kierunku Cisnej. Na szczycie znajduje się wieża geodezyjna.

Bigos jak to Bigos - węszy, niucha, szuka, szpera.

Przed nami malownicza ścieżka. Robię tu chwilę postoju na kanapki z serem i wodę. Mijają nas turyści idący z Przysłupia, są już nieco zniecierpliwieni podejściem i pytają, czy daleko do szczytu. Nigdy nie wiem, co mam mówić w takich momentach. Pocieszać? czy też lepiej mówić prawdę?...


Zachwycające miejsce. Po oznakach burzy nie ma śladu, powietrze też zrobiło się bardziej znośne.



Już prawie na dole. Widać zabudowania.

Ale przed nami jeszcze piękne łąki.




A na dole niespodzianka. Właśnie startuje Bieszczadzka Kolejka Leśna. Przystajemy, by zrobić zdjęcia i pomachać odjeżdżającym.


Jak widać - jest duże zainteresowanie, wagoniki wypełnione po brzegi.

I już koniec. Szkoda! na zdjęciu kolejny z symboli Bieszczad, czyli konie.

 Moja trasa. W sumie 14 km.

Słowo podsumowania. Wędrówka w samotności jest ciekawa, zupełnie inna niż w gronie przyjaciół. Sam podejmujesz decyzje, jesteś sam z myślami. Możesz mówić do siebie (lub do psa...),  gdy chcesz - idziesz, gdy nie chcesz - zatrzymujesz się. Miałam trochę obaw. Przez większość trasy byłam sama na szlaku, a co gdybym spotkała wilka? Albo złego człowieka? Tych boję się najbardziej.