2 kwi 2017

Pieszy Maraton Przedwiośnie

Data: 1 kwietnia 2017
Trasa: Ciekoty "Szklany dom" - Święta Katarzyna (meta maratonu: Ciekoty)
Długość trasy: 67 km (cała trasa maratonu: 76 km)

Na pomysł przebycia maratonu pieszego wpadłam gdzieś w połowie stycznia. Potrzebowałam czegoś naprawdę wielkiego dla mnie. Chciałam zrobić coś dla siebie, mieć jakieś wyzwanie inne niż to, co robiłam do tej pory. To miał być pierwszy maraton - chcę sprawdzić, jak to jest i czym to się "je". Od początku założyłam, że zrobię wszystko, żeby przejść go w całości. Jednak nie podchodziłam do tego ambicjonalnie. Na towarzyszy zgłosili się Gosia i Radek (Skored).
Zapisy internetowe odbyły się 1 lutego. W ciągu 5 minut i 5 sekund zapisało się 170 uczestników. Skored dostał się z listy rezerwowej. A więc... jedziemy.

31 marca
Wyruszyliśmy w piątek ok. 13, chcieliśmy być wcześniej, żeby odpocząć przed wysiłkiem, odebrać pakiety startowe i zjeść porządną kolację. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę w Opatowie.


Pod wieczór dotarliśmy do Ciekot. Tu jest biuro maratonu, start i meta.



Odbieramy swoje pakiety startowe i idziemy zwiedzić miejsce, gdzie swoje dzieciństwo spędził Żeromski.



Jak to wodniacy, zdjęcie z Lubrzanką musi być.


 Odbicia w wodzie to jeden z piękniejszych widoków (dla mnie).




Pora na kolację, a że słyszeliśmy o pysznych pstrągach niedaleko, więc jedziemy.
Miejsce ciekawe, gry i zabawy zakazane ;)


A pstrąg całkiem smaczny.


Jedziemy na nocleg do schroniska przy szkole w Mąchocicach-Scholasterii. Warunki schroniskowe, ale jest czysto, jest woda, dostęp do kuchni i pościel. Jest OK.


Noc mam ciężką, prawie nie śpię. Boli mnie oko (wtajemniczeni wiedzą) i nie wiem, czy w ogóle stawię się w tej sytuacji na starcie. Mam wybór - biorę leki i nastawiam się na sensacje żołądkowe na maratonie lub też próbuję przeczekać. Poprzedni atak dwa dni temu, więc mam nadzieję na to, że ten szybko przejdzie. Postanawiam przeczekać. Udaje się.

1 kwietnia
Pobudka o 4.15, szybki prysznic na otrzeźwienie i jedziemy na start. Odprawa jest 4.45, jest możliwość napicia się kawy albo herbaty. Wiadomo... kawa.


Dopiero tu widać, ile jest ludzi...

Ja mam numer 47 :)


Trasa (ze strony organizatora):
http://www.traseo.pl/trasa/mpp-pk

Wszyscy w świetnych nastrojach. Na tym maratonie nie ma zawodników, są uczestnicy. Krótka odprawa, wspólne zdjęcie i dźwięk gongu oznajmia start. Zaczynamy w ciemnościach. Już na samym początku po jakichś 3 km czeka nas ostre podejście na Diabelski Kamień. Nigdy nie pokonywałam podejścia w takim tempie! Doskwiera mi też ciemność. Trzeba uważać na to, co pod nogami, żeby nie uszkodzić się na samym początku. Za to u góry czeka nas świt.

I wstające mgły.


Fot. Skored:

Na razie idzie się dobrze, na 6,5 km w Masłowie mamy pierwszy punkt kontrolny z batonem i wodą.


Niemal się nie zatrzymujemy. Na punktach podaje się numer startowy, jest zapisywany czas i dziurkowana karta z trasą i punktami, którą ma każdy uczestnik.
Idziemy dalej, gdzie się da - przyspieszamy. Droga miejscami błotnista i są pierwsze straty w postaci wody w butach.
Za to widoki wynagradzają wszystko.



Staram się robić jak najwięcej zdjęć, dla siebie, dla dokumentacji i pamiątki. Mam ze sobą lekki aparat, który zabieram na kajak. Zdjęcia nie są rewelacyjne, ale każdy kilogram więcej to byłoby zabójstwo. Mam mały plecaczek dla biegaczy, w środku skarpetki na zmianę, koszulka, lekka kurtka, batony, woda, mała apteczka, czołówka, pieniądze, aparat i dowód osobisty.


Kolejny punkt, drugi, jest na 17,7 km. To Medyczny Punkt Kontrolny - kartę podbijają Siostry Bez Osierdzia ;) Warto napisać, że każdy punkt to też dożywienie - tu drożdżówki, woda, kawa, herbata.



Tu maraton wyraźnie się rozciąga. Nie ma już tak zwartej grupy jak na początku. No muszę, po prostu muszę czasem przystanąć, w końcu jestem tu dla przyjemności.



19, 9 km. Bukowa góra. 



Piękne okoliczności przyrody, ale czas goni, szybkie foty i lecimy dalej.
Myślę już o Bodzentynie, za 10 km, gdzie ma być kolejny punkt kontrolny i gdzie MUSZĘ przebrać skarpety i wysmarować nogi, bo czuję już pierwszy ból.
Ale zanim tam dotrzemy, czeka nas jeszcze 7 km asfaltu. Świeżo położonego, w pełnym słońcu. Mam pierwszy kryzys. Bodzentyn kojarzy mi się wyłącznie z upałem, asfaltem i potem.



Wreszcie!!! Punkt kontrolny w Bodzentynie, w Centrum Kultury. Jest już 29,5 km.



Razem z Gosią oceniamy stan stóp. Nie jest dobrze. Przemywamy rany, smarujemy się voltarenem maksem, zmieniamy skarpety. Jest pomidorówka, ale wybieram suchą bułkę i colę. Jest przed 11, nie umiem jeść o tej porze. Będę żałować? Radek kupuje baterie do aparatu. Zbieramy się o 11.15. Następny punkt za 6 km, w Woli Szczygiełkowej. Kolejny asfaltowy odcinek. Nastawiam się psychicznie, bo wiem, czym to pachnie. Po drodze mam drugi kryzys. Stopy zaparzają się na rozgrzanej drodze. Ale prę do przodu razem ze Skoredem, Gosia zaczyna zostawać nam w tyle. Na punkcie (35,3 km, czwarty punkt kontrolny) wypijam duszkiem wodę, jemy przygotowane ciastka. Fot. Skored, który zatytułował tę fotkę "jak ryba w wodzie" :D



Do kolejnego punktu mamy 10 km. Niemal cały ten odcinek, na którym wypada połowa trasy, idziemy nasypem kolejki wąskotorowej. Jest monotonnie, zaczynamy odczuwać coraz bardziej zmęczenie. Bolą nogi.



Po wyjściu do wsi rozglądam się w poszukiwaniu Świętego Krzyża. Gdy wtem... odwracam się za siebie i...



Mijającym nas uczestnikom mówimy o widoku. Nie wszyscy chcą odwrócić głowę.
Mnie ten widok dodaje otuchy, choć mam świadomość, że trzeba będzie tam wejść.



Wreszcie jest. Kolejny punkt. Stare Baszowice. 45,5 km.


W kociołku czeka na nas świętokrzyska herbata z owocami, imbirem i innymi przyprawami. Jest jak reanimacja. Siedzę przy worku na śmieci, ale nie chce mi się przesunąć...



Ruszamy dalej, znów asfalt, znów upał daje się we znaki.



Gosia ma kryzys, zostaje w tyle, my idziemy dalej. Po rozmowie postanawiamy, że ten, kto będzie chciał skończyć, zostaje na punkcie. Na trasie nie chcemy się zostawiać ze względów bezpieczeństwa. Przy podejściu na Św. Krzyż znów jesteśmy w komplecie.
Mam dobre wspomnienia z tym miejscem, czuję się dobrze, choć podejście było dla mnie ciężkie. Teraz wszystko co złe, zostaje w tyle.




To 51 kilometr. Do punktu kontrolnego mamy jeszcze 2,5. Schodzimy asfaltówką... Dobrze, że tędy nie wchodziliśmy. Tym razem dla odmiany czekamy na Radka, który utknął przy klasztorze :D



Wreszcie... 



W Osadzie Średniowiecznej na 53,4 km dostajemy zalewajkę świętokrzyską. Ratuje mi życie, bo od Bodzentyna w głowie miałam głównie myśl "trzeba było zeżreć zupę, jak dawali". Zalewajka inna niż zagłębiowska, którą znam, ale równie smaczna. Widzę, że spora część uczestników się nie śpieszy. Zamierzają resztę trasy przefrunąć?
Zaczynam czuć oddech czasu na plecach. Do końca trasy zostało nam jeszcze 23 km, a do końca limitu czasowego 5,5 godziny. A czeka nas jeszcze Łysica. Popędzam towarzystwo.
 Fot. Skored:


Muszę zrobić tu zdjęcie, muszę:


Po drodze mijamy Panią Wiosnę.


 Punkt 7. Kakonin. Izba dobrego smaku. 60,6 km.



Gosia postanawia zakończyć tu maraton. Szkoda, wielka szkoda. Dziewczyno - jesteś zajebista!
Znów smaruję nogi voltarenem. Nie wiem, czy pomoże, na pewno nie zaszkodzi. Piję colę i jem batony, własne, bo oferowanych ciastek nie przełknę. Żarcie staje w gardle. Ale coś trzeba.
Szkoda, że te miotły nie latają...
Idziemy na Łysicę. Tym razem to Skored czeka na mnie. Robi się ciemno. Zapalamy czołówki, patrzymy pod nogi. Korzenie, pniaki, głazy z gołoborza. Pcha mnie do przodu wewnętrzny automat, nie chcę odpuścić.
Łysica. 64,8 km. Ciemnica. Jest 20.11. Wysyłam smsy, że do końca mam 11 km. Odpowiedzi: "brawo", "wytrzymaj".

Postaram się. Do ostatniego punktu kontrolnego mamy 2 km. Są to 2 km męki. Gołoborze, schodzi się paskudnie, głazy wyrastają zewsząd. Boli, boli jak cholera. Uda, stopy, łydki. 
66,8 km. Święta Katarzyna. Ostatni punkt kontrolny. 
I koniec mojego maratonu. 9 km przed końcem odpadam. Mam zjazd formy. Pojawiają się zimne dreszcze, mroczki przed oczami, zimy pot. Zasłabnięcie. Staram się opanować organizm, jem batona i piję wodę, ale jest za późno. Trudne zejście z Łysicy spowodowało, że przegapiłam moment kryzysu organizmu. Postanawiam zostać. Radek idzie dalej. 
Udaje mu się dotrzeć do mety i przyjeżdża po mnie samochodem. Wracamy do schroniska. 
Chce mi się płakać, tak mało zabrakło! Jednak smsy i telefony do rodziny i przyjaciół poprawiają morale.
W schronisku jeszcze chwilę gadamy i idziemy spać.

2 kwietnia
Rano chodzę jak pingwin, mięśnie zastane po nocy ciężko rozchodzić, ale trzeba się ruszać, a przynajmniej próbować. Na śniadanie znów zalewajka, ale hm nieco wodnista.
Na 9.30 jedziemy do Szklanego Domu na zakończenie i rozdanie medali i dyplomów.
Dziwne, to hasło towarzyszy mi od dawna. Najwyraźniej coś w tym jest.



Dostaję dyplom za uczestnictwo. Po informacji, na którym kilometrze odpadłam, zostaję przytulona :D

Pamiątkowe foto z prezesem kieleckiego oddziału PTTK:

I wracamy do domu...

To było coś wielkiego. Dla mnie na pewno. Nigdy dotąd nie porwałam się na taki wysiłek i jestem dumna z siebie. Mam kilka wniosków przed następnym maratonem. Zamierzam bowiem dokończyć trasę...
Gosia i Radek - bez Was to by było nic niewarte. Dziękuję. 

Wszystkie zdjęcia z wyjazdu tutaj: MARATON



7 komentarzy:

  1. Świetna relacja ze świetnego wypadu. Ciężko było ale te emocje.... Wspieranie się i trzymanie się razem dopóki się da... Kto czegoś takiego nie przeżyje - nie zrozumie... Dzięki że namówiłaś mnie na maraton choć ja cyklista przecież jestem... :-D

    OdpowiedzUsuń
  2. jestem pod absolutnym wrażeniem - ja bym odpadła między 40 a 50 - szacunek wielki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie opisałaś trudy wędrowania. Dzięki Twojej relacji ponownie "otworzyły się stare [ nowe ! ] rany" :) ]. Najtrudniejsza, ale i dające najwięcej radości była walka ze swoimi słabościami. Wiesz co ? Pierwszy raz szedłem nocą przez nasze Łysogóry sam jak ten przysłowiowy palec i... spodobało się :). Jeszcze kiedyś spróbuję - tylko nie z "hadnicapem" 60 km. :) Jesteś bardzo dzielna ! I w tym miejscu gratuluję ! :) [ ostatni będą pierwszymi :) ] A.A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ps. ale gapa ze mnie. Sorry, że przez A.A. jeszcze musiałaś czekać...

      Usuń
  4. Maguś - szacun wielki jak cholera.
    troszkę mi żal że przed końcem odpadłaś ale pociesz się - mało jest ludzi którzy przeszliby połowę tego co Ty.
    Mam nadzieję że za rok pierdykniesz calutki maraton.
    Daj nieco wcześniej info - może i ja bym sie podłączył i Ci potowarzyszył chociaż przez kawałek bo na całość to nawet szans nie ma
    Jeszcze raz wielkie brawa za Twój wielki wyczyn

    OdpowiedzUsuń
  5. No właśnie: kto nie spróbował ten nie zrozumie.
    Wielkie gratulacje za te 67 km i za to, że chciało Ci się zmierzyć z Łysogórami i samą sobą :)
    Też miałem chwilę wątpliwości przy ostatnim podejściu pod Radostową, ale w myślach krzyczałem do siebie: "Nie zatrzymuj się! Nie zatrzymuj się!" - i pomogło.
    Do dziś się zastanawiam dlaczego nie zdechłem na tym stoku jak zajechany koń...
    Wylądowałem na mecie o 19:00.
    Ciekocki Rosomak.

    OdpowiedzUsuń